poniedziałek, 18 lipca 2011

New York, New York...

           





 Ulubione miejsce: most Brookliński.
Zwłaszcza przed wschodem słońca,
jest wtedy tak pusto i spokojnie...






Ulubiona cecha: Różnorodność.
Różnorodność przyprawiająca o zawrót głowy.
Wciągająca wielość bodźców.




Ulubiony dźwięk: saksofon w parku. Albo nie, saksofon na ulicy,
kiedy można słuchać siedząc
 na chodniku i pochłaniać wzrokiem i skórą
sunące obok ludzkie historie.
Albo nie, radośni muzycy w dusznym metrze, wywołujący dowcipnymi tekstami i przyjemną muzyką uśmiech na twarzy.
Albo nie...

Ulubiony drobiazg: własnoręcznie wykańczana kartka, ze wspomnieniami z ostatnich tygodni. Każdy epizod
 i anegdota ilustrowane rysuneczkiem. A tyle ich było. I dużo śmiechu. Dziękuję, Mo.

Ulubiona historia: cudowny hostel i jego ludzie. Troszcząca się o wszystkich pani po sześćdziesiątce, która sypia w hostelach gdy odwiedza w szpitalu swoją mamę, para Norwegów rozpoczynających objazd po Stanach, by odpocząć od Iraku, właściciele przynoszący śniadanie o dziewiątej (kawa orzechowa!) no i młodziutki rodak, fajny kompan wędrówek po muzeach, uniwersytetach, china townach i ciekawostkach nie będących statuą wolności. Apropos, czekam na relację z Ellis Island, na którą nie starczyło mi czasu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz