Ulubione miejsce: most Brookliński.
Zwłaszcza przed wschodem słońca,
jest wtedy tak pusto i spokojnie...
Różnorodność przyprawiająca o zawrót głowy.
Wciągająca wielość bodźców.
Ulubiony dźwięk: saksofon w parku. Albo nie, saksofon na ulicy,
kiedy można słuchać siedząc
na chodniku i pochłaniać wzrokiem i skórą
na chodniku i pochłaniać wzrokiem i skórą
sunące obok ludzkie historie.
Albo nie, radośni muzycy w dusznym metrze, wywołujący dowcipnymi tekstami i przyjemną muzyką uśmiech na twarzy.
Albo nie, radośni muzycy w dusznym metrze, wywołujący dowcipnymi tekstami i przyjemną muzyką uśmiech na twarzy.
Albo nie...
Ulubiony drobiazg: własnoręcznie wykańczana kartka, ze wspomnieniami z ostatnich tygodni. Każdy epizod
i anegdota ilustrowane rysuneczkiem. A tyle ich było. I dużo śmiechu. Dziękuję, Mo.
i anegdota ilustrowane rysuneczkiem. A tyle ich było. I dużo śmiechu. Dziękuję, Mo.
Ulubiona historia: cudowny hostel i jego ludzie. Troszcząca się o wszystkich pani po sześćdziesiątce, która sypia w hostelach gdy odwiedza w szpitalu swoją mamę, para Norwegów rozpoczynających objazd po Stanach, by odpocząć od Iraku, właściciele przynoszący śniadanie o dziewiątej (kawa orzechowa!) no i młodziutki rodak, fajny kompan wędrówek po muzeach, uniwersytetach, china townach i ciekawostkach nie będących statuą wolności. Apropos, czekam na relację z Ellis Island, na którą nie starczyło mi czasu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz