180 stopni Celsjusza
Filadelfia to pierwsza stolica Stanów Zjednoczonych; miejsce, w którym zrodziła się idea niepodległości od Imperium Brytyjskiego i miasto Benjamina Franklina, wielbionego tu tak bardzo, że można przeczytać wyryte w chodniku cytaty z listów do żony: „Jednak te zasłony nie będą pasować do pokoju dziecinnego”, zwiedzić budynek, w którym niegdyś mieszkał – czyli ściany z podpisami, co się na nich znajdowało i do jakiego pomieszczenia należały, oraz zobaczyć,
w którym miejscu spełniał swoje potrzeby fizjologiczne. W czasach lingwistycznych czytałam pisma pana Bena, i choć nie byłam zachwycona purytańskimi ideami, elementy jego etyki pracy robiły na mnie wrażenie.
Zach i Mon myśleli, że się z nich nabijam, gdy o tym wspomniałam. A pary zakochanych nie wiadomo dlaczego robią sobie zdjęcia pod słynnym napisem „LOVE” na skwerku. To nie dla was, kochani, to dla rodzeństw. (Pozdrawiam moich czterech braci i siostrę: J., Al., S., Mo. i O.) Oprócz Independence Hall, pękniętego dzwonu, pierwszego urzędu pocztowego i innych tego typu standardów, widziałam piękny ślub hinduski nad rzeką Schuylkill, nad którą podzieliliśmy się w czwórkę zakupionym na targu owocowym kawałkiem amerykańskiego sernika, a następnie udaliśmy się na spacer, wymieniając kolejne ironiczno-sarkastyczne żarty, tocząc bitwę na pstryknięcia (robimy zdjęcia osobie która robi zdjęcia, a jeśli tobie robię zdjęcie, to lepiej zrób mi zdjęcie), planując co będziemy robić wieczorem, zapominając o głodzie i zmęczeniu oraz wymyślając przezwiska dla siebie nawzajem.
No i proszę, udało mi się. Na którejś pracy dr e. napisała: „spróbuj pisać zdania, które mają mniej niż 100 wyrazów”. Niby mogę spróbować, ale po co, skoro życie może być takie ciekawe. A że potrafię, to właśnie udowodniłam. Nie to, żebym liczyła, ale poprzednie zdanie ma dokładnie 80 wyrazów. Pan redaktor MP w dwóch słowach skomentowałby to tak dosadnie, że przez kolejny tydzień nie rozstawałabym się z kartką, ołówkiem i wiecznymi transformacjami. W głowie, na papierze, serwetkach, dłoniach, chodniku i jedzeniu. Ale pana MP bez pośrednictwa szklanej szyby widziałam ostatnio jakieś trzy lata temu. A P. powiedział: „Ładnie piszesz. Szanujesz czytelnika.” Co mi uświadamia, że dziś sporo jest części „natalia”, a mało „indelaware”, i że czytelnika wcale nie szanuję, raczej wystawiam go/ją na próbę.
Co jeszcze wydarzyło się, zanim ciasto marchewkowe pojawiło się w planach?
Oczywiście fajerwerki. I to jeszcze przed świętem niepodległości, w wigilię 4 lipca na Penn Landing.
Z pociągu odebrała nas Amber, najlepsza przyjaciółka słynnej KB. Ciekawe, że o takich rzeczach opowiada nam promotorka jednej z nich (prof. MD). Zna historię rodzinną swojej doktorantki, jej przyjaciół i zainteresowania. Amber zaprosiła nas na piknik studentów neuropsychologii. Veggieburgery (dla mnie – dla innych mięcho), turniej badmintona (który bym wygrała, gdyby nie ograła mnie Mon, a to pech!, dwójka grad students zajmujących się psycholingwistyka i mnóstwo bardzo sympatycznych ludzi. Neuropsychologów. Andrew, Andrea, Gillian, Karen, Nathan, Krystal, Megan, Scott, Arun, Amber… Jak to się dzieje, że studenci neuropsychologii, pracujący na co dzień w labach ze szczurami, tak bardzo wyprzedzają w umiejętnościach komunikacyjnych studentów psycholingwistyki? A może chodzi o chęci.
Przydziałowy kawałek ciasta już zjedzony (to nie jest z założenia ciasto dla nas dwóch, więc kawałek nie mógł być duży), a jego historia ciągle jeszcze jest tajemnicą. I nią pozostanie, aż do momentu kiedy po opisaniu moich pytań badawczych, które sformułowałam dziś po rozmowie z mądrą Alison, po ich wysłaniu, zakodowaniu wyników EF oraz PPVT oraz zastanowieniu się, czy ma dla mnie sens wykorzystanie miar takich jak ages and stages, Mullen scales of early learning czy CBCFA, odpisaniu na priorytetowe maile, uzupełnieniu dziennika elektronicznego, zrobieniu zestawienia tłumaczeń, przypuszczam, że również już po superwizji u prof. TF oraz RB, znajdę chwilę czasu i garstkę energii, żeby to opisać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz