
to na przykład kawa w "Brew-ha-ha"
(bardzo miła ta gra słów, hiszpańsko-angielska, czy to tylko ja to wymyślam? inny, angielski pun, który też jest nazwą knajpki i który mnie zachwyca, to " Lettuce feed you." Trzecie miejsce dla "peace a pizza". Swoją drogą, sałata nas nie nakarmi, bo niestety zamknęli sałaciarnię. A liczyłam, że będę się stołowała właśnie tam.) i rozmowy z NT o Grecji, różnicach kulturowych i literaturze. Kolejna osoba nakłaniająca mnie, bym skończyła czytać "Cień wiatru", koniecznie w oryginale.
Jeśli nie tabele espiesesowskie, to też na przykład kolacja z prof MK w Ali Babie,

historie o Nowym Jorku witającym nowoprzybyłych do tego miasta obrazem śmigającego na rolkach Świętego Mikołaja w środku lata i biznesmena zatrzymującego się na deptaku i komentującego: "Welcome to New York City!", o Japonii i początkach przyjaźni warszawsko-delawarskich. Wyśmienity falafel, a rozmowa jeszcze wyśmienitsza. I kolejna książka na moją półkę emerycką (czyli na stosik, za który się wezmę, kiedy wreszcie będę mieć czas): "The lady tasting tea" Davida Salsburga. Mniejsza o to, że jej tytuł wypłynął, kiedy weszliśmy na obszary istotności, a raczej nieistotności. "A ty co robisz, kiedy masz nieistotne wyniki?" - pytam zdziwiona zdziwieniem, że tyle wagi przykładam do literki p.
"Ja? wyrzucam przez okno!"
Gdybym nie miała nawet ochoty wrócić do Ali Baby ze względu na jedzenie czy też całą legendę, kto tam nie bywał i nie jadał (patrz: historia przyjaźni warszawsko-delawerskiej), wróciłabym żeby porozmawiać więcej z właścicielami.
Mike, oprócz tego, że pokazał nam to przemiłe miejsce i wypełnił wieczór ciekawą rozmową, anegdotkami, historiami i żartami, przywiózł nam mikrofalówkę i sztućce. A więc wodę na herbatę i kawę (nowy świr: kawa koniecznie hazelnut), podgrzewamy wprowadzając ją w drganie o częstotliwości 2,45GHz i umożliwiając transport energii z fal elektromagnetycznych.
Jeśli nie praca przy komputerze, przerywana po to, by opowiedzieć Marissie jak bardzo inaczej pracuje się w Polsce niż w Stanach, to też festiwal jedzenia i piwa wzdłuż Main Street z cudownymi doktorantami neuroscience, uwielbiającymi książki europejskich pisarzy, podróże do Izraela, offową muzykę, jedzenie i impresjonistów.
Wracając do tej przerywanej pracy i różnic kulturowych w pracy. Marissa:
"Jak to, w Polsce nie spytałabyś swojej promotorki jak jej minął weekend?! I co robiła? My zawsze tak zaczynamy spotkanie w poniedziałek! Wiem zresztą o niej wszystko, o niej i o jej rodzinie, kiedy jej syn obchodzi urodziny i co mu ma zamiar kupić. Ale jak to, nie zapraszają się ludzie do domów? Nawet jeśli ze sobą pracują? To tak dziwnie...rozmawiać w pracy tylko o pracy...O, cześć XYZ, jak tam przygotownia do ślubu?"