niedziela, 24 lipca 2011

Myszy i ludzie.

Literacko, bo było szekspirowsko. 

Za dziesięć dolarów można było, jeśli udało się komuś znaleźć ukrytą polanę pod Wilmingotn (udało się), wejść na łączkę, rozłożyć kocyk, o ile się go przyniosło (Natalia nie przyniosła), rozstawić swoje jedzenie tudzież picie, jeśli się je miało (Natalia nie miała), popryskać się sprejem przeciwowadowym, jeśli się o tym wcześniej pomyślało (Natalia nie pomyślała) i zachwycać się sztuką Szekspira. Dziś - The Winter's Tale.
Przyjemna niedzielna rozrywka, sztuka wysokoniska, lub niskowysoka, 
arteteinment, piwo + teatr + przyroda + chillout. I like. 

A wcześniej laboratorium, szczury i szczurzątka. 


Pominę to, o czym chciałam początkowo wspomnieć: Steinbecka, Burnsa, etymologię frazeologii związanej
 z myszami i szczurami (często ze sztuk Szekspira), powiedzenia z nazwami gryzoni w językach które znam, bo po pierwsze już późno, a ja nie dosyć, że wstaję wcześnie na poniedziałkowe zebranie labu, to mam jeszcze co robić, a po drugie wyszłoby na jaw, że mam myszki w głowie.*

*mieć  myszki w głowie = (ponoć) być bez piątej klepki. 



sobota, 23 lipca 2011

jeśli nie lab to co?

to na przykład kawa w "Brew-ha-ha"
(bardzo miła ta gra słów, hiszpańsko-angielska, czy to tylko ja to wymyślam? inny, angielski pun, który też jest nazwą knajpki  i który mnie zachwyca, to " Lettuce feed you." Trzecie miejsce dla "peace a pizza". Swoją drogą, sałata nas nie nakarmi, bo niestety zamknęli sałaciarnię. A liczyłam, że będę się stołowała właśnie tam.) i rozmowy z NT o Grecji, różnicach kulturowych i literaturze. Kolejna osoba nakłaniająca mnie, bym skończyła czytać "Cień wiatru", koniecznie w oryginale.





Jeśli nie tabele espiesesowskie, to też  na przykład kolacja z prof MK w Ali Babie,
historie o Nowym Jorku witającym nowoprzybyłych  do tego miasta obrazem śmigającego na rolkach Świętego Mikołaja w środku lata i biznesmena zatrzymującego się na deptaku i komentującego: "Welcome to New York City!", o Japonii i początkach przyjaźni warszawsko-delawarskich. Wyśmienity falafel, a rozmowa jeszcze wyśmienitsza. I kolejna książka na moją półkę emerycką (czyli na stosik, za który się wezmę, kiedy wreszcie będę mieć czas): "The lady tasting tea" Davida Salsburga. Mniejsza o to, że jej tytuł wypłynął, kiedy weszliśmy na obszary istotności, a raczej nieistotności. "A ty co robisz, kiedy masz nieistotne wyniki?" - pytam zdziwiona zdziwieniem, że tyle wagi przykładam do literki p. 
"Ja? wyrzucam przez okno!"
Gdybym nie miała nawet ochoty wrócić do Ali Baby ze względu na jedzenie czy też całą legendę, kto tam nie bywał i nie jadał (patrz: historia przyjaźni warszawsko-delawerskiej), wróciłabym żeby porozmawiać więcej z właścicielami. 
Mike, oprócz tego, że pokazał nam to przemiłe miejsce i wypełnił wieczór ciekawą rozmową, anegdotkami, historiami i żartami, przywiózł nam mikrofalówkę i sztućce. A więc wodę na herbatę i kawę (nowy świr: kawa koniecznie hazelnut), podgrzewamy wprowadzając ją w drganie o częstotliwości 2,45GHz i umożliwiając transport energii z fal elektromagnetycznych.

Jeśli nie praca przy komputerze, przerywana po to, by opowiedzieć Marissie jak bardzo inaczej pracuje się w Polsce niż w Stanach, to też festiwal jedzenia i piwa wzdłuż Main Street z cudownymi doktorantami neuroscience, uwielbiającymi książki europejskich pisarzy, podróże do Izraela, offową muzykę, jedzenie i impresjonistów.

Wracając do tej przerywanej pracy i różnic kulturowych w pracy. Marissa:
"Jak to, w Polsce nie spytałabyś swojej promotorki jak jej minął weekend?! I co robiła? My zawsze tak zaczynamy spotkanie w poniedziałek! Wiem zresztą o niej wszystko, o niej i o jej rodzinie, kiedy jej syn obchodzi urodziny i co mu ma zamiar kupić. Ale jak to, nie zapraszają się ludzie do domów? Nawet jeśli ze sobą pracują? To tak dziwnie...rozmawiać w pracy tylko o pracy...O, cześć XYZ, jak tam przygotownia do ślubu?"

piątek, 22 lipca 2011

matko moja na szerokiej drodze!

Istnieje możliwość, że wszystko co piszę, jest tylko kreacją. Trzeba pamiętać o niewiarygodnym narratorze, nie mówiąc już o autorze wpisanym niespełna zmysłów.

Tak mi się skojarzyło, bo chciałam wspomnieć, że blog ten, jak każdy dyskurs, zawiera mnóstwo luk. Kto lubi pana Umberto, wie, co z tym zrobić.

A skojarzyło mi się, bo nie wspomniałam o matce na szerokiej drodze, matce mojej!
Zaprosił nas prof BS. Zaprosił, to znaczy sprezentował nam bilety na brodłejowski szoł, a sam został w Newark i towarzyszył nam, oglądając wersję kinową na ekranie telewizora, z Marysią Streep w ogrodniczkach w roli głównej.

A tak poważnie: dostałyśmy od prof BS bilety w prezencie i zaniemówiłyśmy z wrażenia, kiedy wręczył nam je  z plikiem wydruków planu metra, planu miasta i garścią rad: "Trzymajcie się razem", "Do tego parku nie chcecie wchodzić po zmroku", "Nie róbcie głupot", "Pamiętajcie, do tego parku po zmroku nie wchodzicie. Nie wchodzicie do tego parku po zmroku. Pamiętajcie, po zmroku nie.Do tego parku nie chcecie wchodzić po zmroku" oraz "Przeróbmy to jeszcze raz. Metro nowojorskie. Uptown w jedną stronę, Downtown w drugą."
Dochodziłyśmy do siebie po tym przemiłym geście przez cała dwuipółgodzinną podróż tanim autobusem, pielgrzymkę na Empire, spacer po Central Parku i Chińskiej Dzielnicy.
Ja zresztą nie wiem, co bardziej było rozczulające, ten przemiły gest czy te urocze rady.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Ostatnia noc na Cheltenham...


sprzątanie, pakowanie,

praca jak zwykle w kuchni,

i "the Microphones" w tle.

jutro zamieszkamy w akademiku.

New York, New York...

           





 Ulubione miejsce: most Brookliński.
Zwłaszcza przed wschodem słońca,
jest wtedy tak pusto i spokojnie...






Ulubiona cecha: Różnorodność.
Różnorodność przyprawiająca o zawrót głowy.
Wciągająca wielość bodźców.




Ulubiony dźwięk: saksofon w parku. Albo nie, saksofon na ulicy,
kiedy można słuchać siedząc
 na chodniku i pochłaniać wzrokiem i skórą
sunące obok ludzkie historie.
Albo nie, radośni muzycy w dusznym metrze, wywołujący dowcipnymi tekstami i przyjemną muzyką uśmiech na twarzy.
Albo nie...

Ulubiony drobiazg: własnoręcznie wykańczana kartka, ze wspomnieniami z ostatnich tygodni. Każdy epizod
 i anegdota ilustrowane rysuneczkiem. A tyle ich było. I dużo śmiechu. Dziękuję, Mo.

Ulubiona historia: cudowny hostel i jego ludzie. Troszcząca się o wszystkich pani po sześćdziesiątce, która sypia w hostelach gdy odwiedza w szpitalu swoją mamę, para Norwegów rozpoczynających objazd po Stanach, by odpocząć od Iraku, właściciele przynoszący śniadanie o dziewiątej (kawa orzechowa!) no i młodziutki rodak, fajny kompan wędrówek po muzeach, uniwersytetach, china townach i ciekawostkach nie będących statuą wolności. Apropos, czekam na relację z Ellis Island, na którą nie starczyło mi czasu. 

środa, 13 lipca 2011

Weekend według nerdów, czyli niedziela w labie

Ostatni tydzień spędziłam w labie na oglądaniu badań,
 ocenianiu i kodowaniu wyników oraz ich wprowadzaniu do bazy. Skupiłam się na DCCS - dimensional change card sort oraz
PPVT - Peabody Picture Vocabulary Test.

Klima działa mocno, więc kiedy zwykle kwadrans po piątej
 (pi-em) wychodzę z budynku żeby dojść do swojego jednośladowca (no dobrze, jednośladowca prof. K., na którym, jak głoszą legendy, jeździł również prof JG ) uderza mnie powietrze o tak zaskakującej temperaturze, że przez kilkanaście sekund jestem mocno zdezorientowana. To szok, że może być tak ciepło, skoro przed chwilą było tak zimno.


W tym tygodniu natomiast bezustannie mierzymy się z danymi
 i wynikami. Wszystko wychodzi nam nieistotne statystycznie,
co po wielu godzinach (także niedzielnych) kodowania jest trudno zaakceptować. Przekodowywujemy, zmieniamy zmienne na skali ilościowej na dwumodalne, dodajemy inne zmienne, rozmawiamy przy wieczornej sałatce i późnowieczornym bieganiu, bierzemy pod uwagę elementy, które wcześniej pomijałyśmy, piszemy rozpaczliwe maile do słynnej K. i mądrej A.,
"spss w praktyce" oraz "drogowskaz statystyczny" nie kurzą się w walizce, cyferki w tabelach latają przed oczami, a wyniki nie chcą być istotne.

środa, 6 lipca 2011

feelin in Philly


180 stopni Celsjusza
to 356 stopni Fahrenheita, a intensywny zapach polskiego ciasta marchewkowego wskazuje na to, że proces w piekarniku dobiega końca. Między pomysłem na to ciasto a momentem, w którym zaczęło powstawać, wiele się wydarzyło. Na przykład wyprawa do Filadelfii, poznanie Marissy, która pomogła nam dostać się do Wilmington, gdzie wskoczyłyśmy do pociągu. (No dobrze, weszłyśmy. Wskoczenie do pociągu na pięć sekund przed jego odjazdem zdarza się tylko, gdy odprowadza mnie nań P.) i spotkanie z Zachiem – osobą o tak ironicznym poczuciu humoru, że przy całej lekkości konwersacji i wielokrotnych wybuchach śmiechu, trudno jest przy nim nie stracić orientacji, co jest powiedziane poważnie, a co nie. Nawet osobie piszącej pracę magisterską o rozumieniu ironii. Co zresztą też jest ironiczne, a może metaironiczne. Autoironiczne raczej jest.


Filadelfia to pierwsza stolica Stanów Zjednoczonych; miejsce, w którym zrodziła się idea niepodległości od Imperium Brytyjskiego i miasto Benjamina Franklina, wielbionego tu tak bardzo, że można przeczytać wyryte w chodniku cytaty z listów do żony: „Jednak te zasłony nie będą pasować do pokoju dziecinnego”, zwiedzić budynek, w którym niegdyś mieszkał – czyli ściany z podpisami, co się na nich znajdowało i do jakiego pomieszczenia należały, oraz zobaczyć,

 w którym miejscu spełniał swoje potrzeby fizjologiczne. W czasach lingwistycznych czytałam pisma pana Bena, i choć nie byłam zachwycona purytańskimi ideami, elementy jego etyki pracy robiły na mnie wrażenie.


Nazwa miasta pochodzi z Greki: philos + adelphos i oznacza braterską miłość.

Zach i Mon myśleli, że się z nich nabijam, gdy o tym wspomniałam. A pary zakochanych nie wiadomo dlaczego robią sobie zdjęcia pod słynnym napisem „LOVE” na skwerku. To nie dla was, kochani, to dla rodzeństw. (Pozdrawiam moich czterech braci i siostrę:  J., Al., S., Mo. i O.) Oprócz Independence Hall, pękniętego dzwonu, pierwszego urzędu pocztowego i innych tego typu standardów, widziałam piękny ślub hinduski nad rzeką Schuylkill, nad którą podzieliliśmy się w czwórkę zakupionym na targu owocowym kawałkiem amerykańskiego sernika, a następnie udaliśmy się na spacer, wymieniając kolejne ironiczno-sarkastyczne żarty, tocząc bitwę na pstryknięcia (robimy zdjęcia osobie która robi zdjęcia, a jeśli tobie robię zdjęcie, to lepiej zrób mi zdjęcie), planując co będziemy robić wieczorem, zapominając o głodzie i zmęczeniu oraz wymyślając przezwiska dla siebie nawzajem.
No i proszę, udało mi się. Na którejś pracy dr e. napisała: „spróbuj pisać zdania, które mają mniej niż 100 wyrazów”. Niby mogę spróbować, ale po co, skoro życie może być takie ciekawe. A że potrafię, to właśnie udowodniłam. Nie to, żebym liczyła, ale poprzednie zdanie ma dokładnie 80 wyrazów.  Pan redaktor MP w dwóch słowach skomentowałby to tak dosadnie, że przez kolejny tydzień nie rozstawałabym się z kartką, ołówkiem i wiecznymi transformacjami. W głowie, na papierze, serwetkach, dłoniach, chodniku i jedzeniu. Ale pana MP bez pośrednictwa szklanej szyby widziałam ostatnio jakieś trzy lata temu. A P. powiedział: „Ładnie piszesz. Szanujesz czytelnika.” Co mi uświadamia, że dziś sporo jest części „natalia”, a mało „indelaware”, i że czytelnika wcale nie szanuję, raczej wystawiam go/ją na próbę.



Co jeszcze wydarzyło się, zanim ciasto marchewkowe pojawiło się w planach?

Oczywiście fajerwerki. I to jeszcze przed świętem niepodległości, w wigilię 4 lipca na Penn Landing.



Z pociągu odebrała nas Amber, najlepsza przyjaciółka słynnej KB. Ciekawe, że o takich rzeczach opowiada nam promotorka jednej z nich (prof. MD). Zna historię rodzinną swojej doktorantki, jej przyjaciół i zainteresowania. Amber zaprosiła nas na piknik studentów neuropsychologii. Veggieburgery (dla mnie – dla innych mięcho), turniej badmintona (który bym wygrała, gdyby nie ograła mnie Mon, a to pech!, dwójka grad students zajmujących się psycholingwistyka i mnóstwo bardzo sympatycznych ludzi. Neuropsychologów. Andrew, Andrea, Gillian, Karen, Nathan, Krystal, Megan, Scott, Arun, Amber… Jak to się dzieje, że studenci neuropsychologii, pracujący na co dzień w labach ze szczurami, tak bardzo wyprzedzają w umiejętnościach komunikacyjnych studentów psycholingwistyki? A może chodzi o chęci.


Przydziałowy kawałek ciasta już zjedzony (to nie jest z założenia ciasto dla nas dwóch, więc kawałek nie mógł być duży), a jego historia ciągle jeszcze jest tajemnicą. I nią pozostanie, aż do momentu kiedy po opisaniu moich pytań badawczych, które sformułowałam dziś po rozmowie z mądrą Alison, po ich wysłaniu, zakodowaniu wyników EF oraz PPVT oraz zastanowieniu się, czy ma dla mnie sens wykorzystanie miar takich jak ages and stages, Mullen scales of early learning czy CBCFA, odpisaniu na priorytetowe maile, uzupełnieniu dziennika elektronicznego, zrobieniu zestawienia tłumaczeń, przypuszczam, że również już po superwizji u prof. TF oraz RB, znajdę chwilę czasu i garstkę energii, żeby to opisać.  

piątek, 1 lipca 2011

Good morning, Newark!

Czy to było wczoraj, kiedy przyleciałyśmy, czy to było tydzień temu?

Biegi na czas we Frankfurcie (spóźniony samolot, nie ta część lotniska, w której powinnyśmy były się znaleźć…), rozmowy o funkcjach wykonawczych i teorii umysłu na pokładzie najlepiej zaopatrzonego filmami i muzyką samolotu, w jakim kiedykolwiek się znalazłam (kończyłyśmy czytać artykuły przesłane nam przez prof. MD), całe wieki spędzone na lotnisku w Filadelfii, zanim wpuszczono nas na ziemię amerykańską (the american soil, przypomina mi się wspaniały kurs historii Stanów Zjednoczonych wykładany na lingwistyce),
spotkanie Jamiego, syna profesora MK i przemiła podróż do Newark, przy rozmowach
o nartach, jazzie i gotowaniu.  Wieczorem karkołomny jeszcze spacer. Dlaczego karkołomny?
„Natalia, też tak kręci ci się w głowie?” „Czy mi się kręci? Od kwadransa muszę bardzo się koncentrować, żeby iść w miarę prosto.” Przed zaśnięciem udało mi się dojść do łóżka.

Przy śniadaniu szybkie jeszcze przerzucenie notatek. Kwadrans przed dziewiątą zjawił się
u nas prof. TF. Chyba obydwie jesteśmy oczarowane.  Podwiózł nas na kampus i poznał z Kim z the Main Office na Wydziale Psychologii w Wolf Hall. (tuż obok pokoju prof. A.Pp) Kim pomogła nam przebrnąć przez całą procedurę: rejestracja w Office of International Students and Scholars, wypełnienie nie wiem ilu formularzy, wyrobienie U of D ID cards, spacer do banku i uregulowanie kwestii związanych z rachunkiem i czekami. Wróciłyśmy jednak do Wolf Hall jeszcze na tyle wcześnie, żeby załapać się na prezentację o programie My Psych Lab (cudowny) w wykonaniu prof. RH. Prof. TF zastanawiał się, czy jest to narzędzie, które może mu się przydać do pracy ze studentami.  Jako studentka bardzo chciałabym korzystać z takiego programu. Jako wykładowca jeszcze bardziej. Napomknęłam, że pewnie rozejrzymy się za Ośrodkiem Sportowym, na co TF nas tam zaprowadził, pokazał basen i centrum fitness, spytał, czy grywamy w squasha albo tenisa. Odebrałyśmy klucze do labu, w którym będziemy pracować. Każda z nas ma biurko, krzesło i komputer.
Następnie prof. TF zabrał nas na lunch – tam spotkałyśmy się z prof. RB i jego żoną. Prototypowa amerykańska jadłodajnia, w której ściany są różowe, a osoba, której uda się zjeść gigantycznego hamburgera otrzymuje gratulacje ogłoszone przez kelnerkę i brawa wszystkich klientów.

Niesamowita niespodzianka: grafik na najbliższy tydzień. Nie mogłabym wyobrazić sobie tego lepiej. Nie tylko możliwość uczestniczenia w projektach kilku labów w pierwszym tygodniu, żebyśmy miały szansę podjąć decyzję, w których chcemy uczestniczyć i realizować nasz projekt, nie tylko warsztaty statystyczne i superwizja psychoterapeutyczna w ramach projektu prof. MD, ale również wycieczka do Filadelfii (co miałyśmy w planach tak czy owak, ale o ile przyjemniej jest mieć towarzystwo) i pancake breakfast z prof. TF w poniedziałek. To nie koniec. Zaplanowany mamy również lunch z prof. CI. Jeśli ktoś interesował się kiedykolwiek teoriami emocji, wie z pewnością kim jest prof. CI. Ma 89 lat
i jest legendą. Czy wspomniałam o jutrzejszej wycieczce do Filadelfii? Po południu prof. TF przywiózł nam rower. Czy można być bardziej hojnym i pomocnym?
A kolację zjadłyśmy w zaszczytnym towarzystwie prof. MD. Prof. MD ma milion artykułów na swoim koncie. Dużo o niej słyszałyśmy, też o tym, że jest niesamowicie wymagająca i profesjonalna. Nie spodziewałam się, że będzie tak sympatyczna, ciepła i uśmiechnięta. I że będzie gotowa poświęcić nam swoje popołudnie.
Ale pytanie „co chcecie robić za  8 lat” też padło.  (ja oczywiście już będę po doktoracie
 i będę pracować naukowo i dydaktycznie na uniwersytecie, zapewne zajmując się psycholingwistyką).



Wieczorem jogging po okolicy…

środa, 29 czerwca 2011

Załatwianie, dokańczanie, pakowanie...

Jestem już prawie gotowa do wyjazdu do Delaware.
wsiadam w samolot za siedem godzin.

Jeśli wszystkie pliki są zgrane na dysk zewnętrzny, który spokojnie drzemie już sobie w bagażu podręcznym, to mogę już chyba być spokojna. Szkoda, że lot nie trwa 50 godzin, żebym zdążyła przeczytać najważniejsze z tych rzeczy, które chcę przeczytać przed znalezieniem się w Newark i żebym zdążyła dokończyć rzeczy, których nie zdążyłam w Warszawie...no, jeśli chciałabym się jeszcze wyspać, to powiedzmy 53 godziny.